piątek, 7 lutego 2014

Rozdział 1

Bose stopy małego chłopca zaczęły boleć i krwawić, ale biegł dalej. Najszybciej jak mógł.
Uciekał. Nie wiedział przed czym, lecz wiedział, że musi. Mamusia kazała mu ukryć się w lesie. Musi to zrobić. Nie wolno mu się zatrzymać. Nagłe hukanie sowy sprawiło, że z gardła wyrywał mu się pisk. Odwrócił się, żeby sprawdzić czy ktoś go goni. Nikogo za nim nie było. W oddali widział ognień, małą chatka na skraju wioski stojącą w płomieniach. W oczach stanęły mu łzy. Jego dom się palił. Z oddali dotarł do niego kobiecy krzyk, przypominając mu, że powinienem uciekać. Znów zaczął biec, szybciej niż wcześniej. W gardle paliło go z wysiłku, ale zmuszał się ciągłego ruchu.
Kiedy dostał się do lasu, odwrócił się i ujrzał trzech jeźdźców na koniach, oświetlonych przez płomienie i światło księżyca . Drżąc ze strachu, wznowił ucieczkę. Gnał przed siebie, potykając się o wystające korzenie i pnącza. Wkrótce przewrócił się, zdzierając sobie kolano, ale podniósł się i mimo bólu szukał kryjówki, tak jak kazała mu mamusia. Obiecał jej, że się ukryje i o świcie wróci do wioski. Nie zawiedzie jej.
Zahaczył o coś nogą i nie udało mu się utrzymać równowagi. Padł na brzuch i zaczął zsuwać się w dół wąwozu. Kiedy znalazł już na dole, podniósł się z trudem. Dostrzegł dziurę w skalnej ścianie i utykając podszedł do niej. Otwór był niewiele większy ode niego, więc wczołgał się do środka. Otoczył go całkowity mrok, ale dzięki niemu poczuł się bezpieczniej. Zwinął się w kłębek na twardej, zimnej ziemi i zasnął.
Kiedy się obudził, jego brzuch bolał z głodu. Do jaskini wpadło trochę światła, dzięki czemu było mu trochę cieplej. Wyszedł na zewnątrz i rozejrzał się się w poszukiwaniu jakichś owoców do zjedzenia. Po kilku minutach udało mu się znaleźć miejsce pełne jagód, nie były jeszcze do końca dojrzałe ale i tak je zjadł. Nie wystarczyły, aby dodać mu siły, lecz dzięki nim ból w jego brzuszku się zmniejszył. Musiał teraz wrócić do wioski, tak jak prosiła go mamusia. Wspiął się z powrotem na górę, ale kiedy już był na miejscu, nie wiedział gdzie dalej iść. Nie pamiętał skąd przyszedł, a nigdzie w pobliżu nie było drogi. Ruszył przed siebie. Tym razem szedł powoli i ostrożnie, żeby znów się nie przewrócić. Miał pokaleczone stopy i zdarte kolana oraz łokcie, ale te ostanie prawie nie go nie bolały. Szedł tylko dlatego, że jego mama by tego chciała. Był wyczerpany, ale nie chciał jej zawieść. Zawsze mówiła, że był dużym i silnym chłopcem, pokaże jej, że miała rację.
Dotarł do polany. Było tu dużo słońca i kwiatów. Wreszcie było mu ciepło. Chciałby tu zostać, ale wiedział, że musi wyjść z lasu, więc kontynuował podróż. Zmęczenie sprawiało, że każdy metr pokonywał z trudem, jednak gdy dostrzegł przerzedzające się drzewa, nabrał nowej determinacji. Przyśpieszył kroku i wreszcie opuścił las.
Udało się! Uśmiechnął się szeroko. Mama będzie z niego dumna! Rozejrzał się po okolicy i jego uśmiech zniknął tak szybko jak się pojawił. Znalazł się w nieznanej mu okolicy. Było tu mniej gór, a najbliższa wioska znajdowało się tak daleko, że była ledwie widoczna. Odwrócił się w kierunku lasu, a później znów popatrzył na wioskę. Powtórzył tą czynność kilka razy, próbując zdecydować co robić. W lesie było zimno i ciemno, cały czas się potykał i nie znał drogi do domu. Do wsi prowadziła ścieżka, a słońce sprawiała, że było mu cieplej. Znów zaczął się bać, mama nie powiedziała mu co dalej robić. Zdecydował się pójść dróżką do wioski, a ciepły piasek ogrzewał mu stopy. Śpiewał cicho ulubioną piosenkę mamy i dzięki temu poczuł się lepiej.
Znów był bardzo zmęczony, brzuszek zaciskał mu się z głodu, a rany na stopach strasznie piekły, lecz mimo to nadal szedł. Słońce nie ogrzewało go tak jak wcześniej, już prawie skryło się za górami. Wiedział, że idzie już bardzo długo i chciałby odpocząć, ale nie miał jedzenia. Musiał iść na przód. Już nie daleko. Domy były coraz bliżej, jeśli się do nich dostanie, ktoś da mu jeść.
Był już prawie w wiosce. Jeszcze tylko kilka minut i coś zje. Był wyczerpany, a każdy jego krok stawał się coraz mniejszy. Jego nogi stały się bardzo ciężkie. Poruszał się powoli, z trudem. Zaczęło mu się kręcić w głowie, ale nie przeszkadzało mu to, gdyż ból zaczął znikać. Im ciemniej miał przed oczami, tym lepiej się czuł. Ogarnęła go ciemność, lecz nie bał się jej, ponieważ razem ze światłem zniknął ból. Żałował tylko, że znów było mu zimno.

~ O ~

Minęło kilka sekund nim zrozumiałam kim i gdzie jestem. Chociaż umysł zrozumiał prawdę, ciału nadal wydawało się, że jest wyczerpane i obolałe. Żołądek ścisnął mi się z głodu, którego nie powinnam czuć, a stopy boleśnie pulsowały, jakbym właśnie przeszła wiele kilometrów.
Usiadłam na łóżku, przecierając dłońmi zaspane oczy. Srebrne światło księżyca w pełni wpadło przez okno, oświetlając moją twarz. Niebo w moim śnie wyglądało tak samo jak to. Zimna strużka potu słynęła po moich plecach sprawiając, że zadrżałam. Zastanawiałam się, jak to możliwe, że śnię o chłopcu, którego nigdy nie spotkałam. Dzisiejszy sen nie był jedynym, widziałam wiele scen z jego niełatwego życia, ale to właśnie od tej wszystko się zaczynało. Wiedziałam, że był nieśmiertelny i wciąż żył. Sny czasami dotyczyły teraźniejszości, ale takie zdarzały się niezmiernie rzadko. Najczęściej to właśnie jego przeszłość spędzała mi sen z powiek.
  • Marie? Dlaczego nie śpisz? - spytała Carmen.
Odwróciłam się w stronę mojej współlokatorki. Na pierwszy rzut oka byłyśmy swoimi przeciwieństwami, ja byłam niebieskooką blondynką, podczas gdy jej włosy i oczy były ciemne, jednak wystarczyło chwilę pobyć razem z nami by zrozumieć, że chociaż różnimy się zarówno z wyglądu jak i z charakteru, a tylko kilka cech mamy wspólnych, to i tak doskonale się rozumiemy.
  • Mogłabym zapytać ciebie o to samo. - odparłam wymijająco. Nigdy nie powiedziałam jej o moich snach. To była moja jedyna tajemnica. Miałam z tego powodu wyrzuty sumienia, mimo to nie mogłam się zmusić do opowiedzenia o tym komukolwiek.
  • Jest pełnia. Wiesz, że nigdy nie mogę spać przez wpływ księżyca.
  • Nie sądziłam, że to może być zaraźliwe. Chyba czas znaleźć sobie nowy pokój. - zażartowałam.
Zapatrzona w księżyc, nie spostrzegłam jak podchodzi, zauważyłam to dopiero, gdy łóżko ugięło się pod jej ciężarem. Przez kilka minut siedziałyśmy w milczeniu, wpatrując się w bezchmurne niebo. Zadrżałam, kiedy stado ptaków nagle zerwało się do lotu, a hukanie sowy przerwało ciszę, zupełnie jak w moim śnie. Miałam niczym nieuzasadnione przeczucie, że stanie się coś strasznego. Wiedziałam, że to nie było możliwe. Znajdowałam się w jednym z najbezpieczniejszych miejsc na ziemi, w Akademii założonej przez Krąg Cerbera. Szkolili się tu nieśmiertelni chcący strzec świat nie tylko przed ludźmi ale również przed Posłańcami Aresa1 oraz Wojownikami Eris2.
  • Halo? Ziemia do Marissy! - zawołała Carmen, potrząsając mną gwałtownie, czym wyrwała mnie z zamyślenia.
  • Co?
Zamrugałam kilkakrotnie, przyglądając się miejscu, z którego odleciały ptaki. Nie dostrzegłam nic oprócz drzew, jednak wydawało mi się, że było tam coś, co musiało przestraszyć zwierzęta.
  • Co się z tobą dzieje? Chyba pierwszy raz nie wściekłaś się, że nazwałam cię pełnym imieniem.
Skrzywiłam się. Miała rację, nie mogłam ścierpieć, gdy ktoś tak się do mnie zwracał. Carmen będzie wiercić mi dziurę w brzuchu, aż się nie dowie dlaczego się tak dziwnie zachowywałam. Jeszcze nigdy nie rozmawiałam z kimś bezpośrednio po śnie o tym chłopcu. Do tej pory, zawsze miałam kilka godzin na rozmyślanie i poradzenie sobie z tym, co zobaczyłam. Tym razem było inaczej, ciągle byłam wstrząśnięta, a Carmen znała mnie tak dobrze, że musiała to zauważyć.
  • Uwierzysz jeśli powiem, że to przez pełnię?
Pokręciła głową, a ja westchnęłam. Przygryzłam dolną wargę, zastanawiając się, co jej powiedzieć. Dlaczego powiedzenie jej prawdy było dla mnie tak trudne?
  • Marie. - zaczęła, biorąc mnie za ręce. - Mnie możesz powiedzieć.
Westchnęłam, jeszcze raz spojrzałam na księżyc, po czym przeniosłam wzrok na nią. W jej brązowych oczach tkwiła troska. Na początku naszej znajomości nie mogłam w nie patrzeć, za bardzo przypomniały mi o zabójcach moich rodziców. Dopiero po kilku tygodniach przestałam patrzeć z obawą na wszystkich nieśmiertelnych o ciemnych oczach.
  • Zbliża się rocznica śmierci moich rodziców. - skłamałam, nim zdążyłam pomyśleć.
Palące poczucie winy zmusiło mnie do spuszczenia oczu. Jeszcze nigdy jej nie oszukałam, właściwie to nikogo nigdy nie oszukałam. Słyszałam, że pierwsze kłamstwo jest najtrudniejsze. Miałam nadzieję, ze to nieprawda. Gdyby tak było, mogłabym zacząć łgać, aż zatraciłabym samą siebie. Liczyłam na to, że już nigdy więcej tego nie zrobię.
Carmen więcej się nie odezwała, po prostu ścisnęła mocniej moje dłonie. Resztę nocy spędziłyśmy w ciszy, obserwując jak wschodzące słońce rozjaśnia strefę treningową i znajdujący się za nią ogromny las.
Kiedy o szóstej zadzwonił budzik, Carmen z jękiem otworzyła oczy. Ziewnęła i gestem wskazała mi łazienkę. Musiała być naprawdę zmęczona, gdyż zwykle z prędkością światła ją zajmowała. Kiedy wyszłam piętnaście minut później, obrzuciła mnie oceniającym spojrzeniem i pokręciła głową z dezaprobatą. Odkąd się zaprzyjaźniłyśmy bezskutecznie próbowała przekonać mnie do noszenia bardziej dziewczęcych strojów. Czerwony top i czarne spodnie, chociaż obcisłe, według Carmen nadawały się jedynie do treningów. Kolejną rzeczą, z powodu której lubiła mnie pouczać, była biżuteria. Nie miałam na sobie żadnych ozdób, poza wieszanym na szyi zegarkiem ze zdjęciami moich rodziców w środku i obowiązkową srebrną bransoletką z moimi danymi.
Również minimalistyczny makijaż nie przypadał jej do gustu, kiedyś używałam jedynie pudru, aby całkowicie ukryć moją ledwo widoczną bliznę na policzku. Sprawienie, że zaczęłam malować również rzęsy było największym osiągnięciem Carmen w dziedzinie mojego wyglądu.
Położyłam się na łóżku i czekałam aż Carmen się wyszykuje, co zwykle trwało ponad pół godziny. Otworzyłam zegarek i przyglądałam się zdjęciom, które miałam wyryte w pamięci. Nie często wspominałam rodziców, aby uniknąć bólu, jednak tego dnia moje myśli same wróciły do dnia ich śmierci.
Miałam wtedy siedem lat, pamiętam, że poprzedniej nocy była burza, dlatego spałam z rodzicami. Obudziłam się sama w ich łóżku, dotarł do mnie zapach smażonej jajecznicy, nie lubiłam tej potrawy, więc zamknęłam oczy i udawałam, że śpię, z nadzieją, że nie zostanę zmuszona do jedzenia. Usłyszałam, że mama wchodzi do pokoju i mocniej zacisnęłam powieki, ale kiedy zaczęła mnie budzić, byłam zmuszona otworzyć oczy.
  • Pobawimy się w chowanego? - spytała, biorąc mnie za ręce. - Zrobimy tacie psikusa, co ty na to?
Ochoczo pokiwałam głową i uśmiechnęłam się szeroko, zadowolona, że uniknę śniadania. Mama wsadziła mnie do szafy i pocałowała w czoło.
  • Pamiętaj, żeby stąd nie wychodzić i się nie odzywać. Na pewno w końcu cię znajdzie. - powiedziała i wcisnęła mi w rękę zegarek. - Kocham cię, kwiatuszku. - szepnęła i zamknęła drzwi.
Ktoś włączył radio lub telewizor, głośna muzyka zabrzmiała, zagłuszając wszystkie inne dźwięki. Zaczęłam bawić się zegarkiem, otwierałam go i zamykałam, czekając aż tata mnie wreszcie zajdzie. Po kilku minutach zaczęło mi się nudzić, myślałam nawet o tym, żeby wyjść, ale powstrzymała mnie myśl, że wtedy przegram.
Nagle muzyka się urwała, zastąpiły ją szorstkie głosy mężczyzn, mówiące w dziwnym języku. Uznałam, że pewnie ktoś po prostu zmienił kanał. Za każdym razem, kiedy zamykałam zegarek dochodziło z niego ciche kliknięcie. Ten dźwięk spodobał się się tak bardzo, że tylko nieznacznie otwierałam wieczko.
Usłyszałam jak ktoś wchodzi do pokoju. Uśmiechnęłam się, na myśl, że tata wreszcie mnie znajdzie, bo już zaczynałam się nudzić. Drzwi od szafy otworzyły się, a moim oczom ukazał się nieznany mi mężczyzna. Był obryzgany krwią. Miał na sobie jedynie spodnie koloru khaki i wojskowe buty. Na jego torsie widniała ukośna blizna. Zaczynała się u styku prawego ramienia i obojczyka, przecinała pierś i mostek, a kończyła dopiero w połowie żeber. Nie zapamiętałam jego twarzy, a może jej nie dojrzałam... w moich wspomnieniach jest okryta cieniem, widzę jedynie brązowe oczy. Wypełniała je nienawiść, lecz kiedy na mnie spojrzał stały się puste. Krzyknął coś w tym dziwnym języku i zatrzasnął drzwi zostawiając mnie w środku. Przycisnęłam twarz do szczeliny w drewnie i patrzyłam jak wychodził. Na jego plecach wytatuowany był jastrząb z rozpostartymi na skrzydłami. To co działo się później, było, nadal jest, tak nierealne jakby przydarzyło się komuś innemu. Chaos panujący w domu. Krew. A co najgorsze, pozbawione życia ciała rodziców.
  • Idziemy? - spytała Carmen, sprowadzając mnie do teraźniejszości.
Chcąc uniknąć pytań, przywołałam na twarz uśmiech i skomplementowałam beżową sukienkę Carmen. Dziewczyna rozpromieniła się i rozgadała na temat mody. Kiedy doszłyśmy do stołówki, zapomniała o moim wcześniejszym nastroju, całkowicie pochłonięta opowiadaniem mi o najnowszych kolekcjach. Dołączyła do nas grupka osób, więcej nie powracałam myślami do przeszłości, a kilka kolejnych godzin szybko minęło podczas ogólnych lekcji teoretycznych. Kiedy wreszcie nadszedł czas na trening i zajęcia fizyczne, nie mogłam pohamować podekscytowania. To była moja ulubiona część szkolenia, chętnie nie zajmowałabym się przedmiotami takimi jak biologia czy fizyka, jednak były obowiązkowe.
Po trzydziestominutowej rozgrzewce nastał czas na dziesięciokilometrowy bieg po lesie. Później miała nadejść moja ulubiona część – walka.
  • Dzisiaj zmierzymy czas waszych biegów. Będziecie startować alfabetycznie, co dwie minuty. - oznajmiła Jordana Coleman, nasza dzisiejsza instruktorka. - Bell, jesteś pierwszy.
Dominic ustawił się na linii startu i pognał w las, kiedy Coleman dała mu sygnał. Przez kilkanaście minut czekałam na swoją kolej.
  • Rozenwyn! Przygotuj się.
Słysząc swoje nazwisko, poderwałam się z ziemi i wykonałam kilka ostatnich ćwiczeń rozciągających, po czym zajęłam odpowiednie miejsce.
  • Powodzenia. - krzyknęła Carmen, która miała biec przedostatnia.
Utkwiłam wzrok w nauczycielce, a kiedy ta machnęła ręką, dając mi znak, wystartowałam bez chwili zwłoki. Trasa była trudna już od samego początku. Przebiegała przez liczne wzniesienia i nierówności, a z ziemi wystawały gołe korzenie drzew. Zręcznie omijałam wszystkie przeszkody, utrzymując szybkie, równe tempo. Zależało mi na tym, żeby mieć jak najlepszy czas, ponieważ najszybsza ósemka weźmie udział w dodatkowych warsztatach sztuk walk.
Biegłam właśnie górą stromego wąwozu, gdy usłyszałam czyiś jęk. Obrzuciłam wzrokiem zbocze, jednak nie ujrzawszy żadnych śladów wskazujących na to, że ktoś spadł, uznałam, że musiałam się przesłyszeć. Przyśpieszyłam, chcąc nadrobić stracone sekundy, lecz kolejny, głośniejszy jęk, sprawił, że się zatrzymałam.
  • Będę tego żałować. - mruknęłam, zaczynając schodzić na dół.
Wiedziałam, że właśnie tracę szansę na dostanie się na zajęcia, jednak jak zwykle moje sumienie krzyczało głośniej niż samolubność. Zostawienie kogoś, przypuszczalnie rannego, nie byłoby w moim stylu.
  • Halo? Gdzie jesteś? - krzyknęłam, kiedy oddaliłam się od trasy o kilka metrów.
Podążyłam za następnym jęknięciem. W dalszym ciągu nie udało mi się nikogo znaleźć, a znalazłam się tak głęboko w lesie, że drzewa całkowicie zasłaniały mi szlak. Ogarnęło mnie złe przeczucie, podobne do tego, które poczułam w nocy.
Odwróciłam się i zaczęłam wracać. Nie przeszłam nawet dwóch metrów, zatrzymując się gwałtownie, kiedy przede mną pojawił się cień. Moje serce przyśpieszyło, kiedy mężczyzna zrobił pół kroku do przodu i pokazał mi się w całej okazałości. Musiał mieć nieco ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu, gdyż przewyższał mnie o ponad dwadzieścia centymetrów. Był cały odziany w czerń, obcisła koszulka opinała jego umięśniony brzuch i szerokie ramiona, podkreślając jego niewiarygodną siłę. Jego twarz pozostawała w mroku, jednak wiedziałam, że jego oczy są brązowe, a on sam patrzy na mnie z nienawiścią.
Co robić? - ta jedna myśl brzmiała w mojej głowie. Moje dotychczasowe szkolenie nie przygotowało mnie na taką sytuację. Próba walki z tym mężczyzną skończyła by się moją natychmiastową porażką. Chociaż byłam najlepsza w grupie i kładłam na łopatki nawet starszych i bardziej doświadczonych kolegów, z instruktorami nie miałam najmniejszych szans, a coś czułam, że i oni mieliby niezły problem z olbrzymem przede mną.
Usiłowanie ucieczki prawdopodobnie też byłoby bezcelowe. Wyglądał na wystarczająco starego, żeby rozwinąć talent Kafenów do przemieszczania się z niesamowitą szybkością. Ale i tak spróbowałam, odwróciłam się na pięcie i pognałam przed siebie wykorzystując wszystkie siły jakie posiadałam. Adrenalina działała na moją korzyść, biegłam tak szybko jak jeszcze nigdy. Udało mi się przebyć kilkadziesiąt metrów, kiedy zostałam chwycona za ramię i pchnięta na drzewo. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że ucieczką tylko pogorszyłam swoją sytuację. Oddaliłam się od trasy i straciłam orientację, a mężczyzna i tak mnie złapał.
Szarpnęłam się, jednak trzymał moją rękę w stalowym uścisku. Ponownie spróbowałam się wyrwać, zdołałam jedynie pogorszyć swoją sytuację, gdyż unieruchomił moje drugie ramię i uderzył mną o drzewo z taką siłą, że zrobiło mi się ciemno przed oczami.
Pozbawiona możliwości ruchu, użyłam ostatniej broni jaką miałam – splunęłam mu w twarz. Świat stał się na chwilę rozmazaną plamą, kiedy moja głowa gwałtownie obróciła się na bok. Palący ból przyszedł dopiero po chwili, informując mnie o tym, iż zostałam spoliczkowana. Oczy zaszły mi łzami, jednak nie pozwoliłam im spłynąć. Uniosłam podbródek i dumie popatrzyłam na mojego oprawcę. Znów nie widziałam jego twarzy, tym razem to łzy uniemożliwiały mi zobaczenie jej w całej krasie.
  • Zadziorna dziewczyna. Zobaczymy, czy dalej taka będziesz, jak już z tobą skończę.
Zanim zdążyłam zastanowić się, co też mogą oznaczać jego słowa, ponownie mnie uderzył. Zobaczyłam gwiazdy, a na policzkach poczułam wilgoć. Cholerne łzy, jednak popłynęły. Przeklęłam się w myślach, za to, że zamiast troszczyć się o siebie, zeszłam na dół szukając rannego, po czy straciłam przytomność.

1. Ares – grecki bóg wojny, kocha wojnę “brudną“, niesprawiedliwą.
2. Eris – uskrzydlona bogini niezgody, chaosu i nieporządku

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz