Bose stopy małego
chłopca zaczęły boleć i krwawić, ale biegł dalej. Najszybciej
jak mógł.
Uciekał. Nie wiedział
przed czym, lecz wiedział, że musi. Mamusia kazała mu ukryć się
w lesie. Musi to zrobić. Nie wolno mu się zatrzymać. Nagłe
hukanie sowy sprawiło, że z gardła wyrywał mu się pisk. Odwrócił
się, żeby sprawdzić czy ktoś go goni. Nikogo za nim nie było. W
oddali widział ognień, małą chatka na skraju wioski stojącą w
płomieniach. W oczach stanęły mu łzy. Jego dom się palił. Z
oddali dotarł do niego kobiecy krzyk, przypominając mu, że
powinienem uciekać. Znów zaczął biec, szybciej niż wcześniej. W
gardle paliło go z wysiłku, ale zmuszał się ciągłego ruchu.
Kiedy dostał się do
lasu, odwrócił się i ujrzał trzech jeźdźców na koniach,
oświetlonych przez płomienie i światło księżyca . Drżąc ze
strachu, wznowił ucieczkę. Gnał przed siebie, potykając się o
wystające korzenie i pnącza. Wkrótce przewrócił się, zdzierając
sobie kolano, ale podniósł się i mimo bólu szukał kryjówki, tak
jak kazała mu mamusia. Obiecał jej, że się ukryje i o świcie
wróci do wioski. Nie zawiedzie jej.
Zahaczył o coś nogą
i nie udało mu się utrzymać równowagi. Padł na brzuch i zaczął
zsuwać się w dół wąwozu. Kiedy znalazł już na dole, podniósł
się z trudem. Dostrzegł dziurę w skalnej ścianie i utykając
podszedł do niej. Otwór był niewiele większy ode niego, więc
wczołgał się do środka. Otoczył go całkowity mrok, ale dzięki
niemu poczuł się bezpieczniej. Zwinął się w kłębek na twardej,
zimnej ziemi i zasnął.
Kiedy się obudził,
jego brzuch bolał z głodu. Do jaskini wpadło trochę światła,
dzięki czemu było mu trochę cieplej. Wyszedł na zewnątrz i
rozejrzał się się w poszukiwaniu jakichś owoców do zjedzenia. Po
kilku minutach udało mu się znaleźć miejsce pełne jagód, nie
były jeszcze do końca dojrzałe ale i tak je zjadł. Nie
wystarczyły, aby dodać mu siły, lecz dzięki nim ból w jego
brzuszku się zmniejszył. Musiał teraz wrócić do wioski, tak jak
prosiła go mamusia. Wspiął się z powrotem na górę, ale kiedy
już był na miejscu, nie wiedział gdzie dalej iść. Nie pamiętał
skąd przyszedł, a nigdzie w pobliżu nie było drogi. Ruszył przed
siebie. Tym razem szedł powoli i ostrożnie, żeby znów się nie
przewrócić. Miał pokaleczone stopy i zdarte kolana oraz łokcie,
ale te ostanie prawie nie go nie bolały. Szedł tylko dlatego, że
jego mama by tego chciała. Był wyczerpany, ale nie chciał jej
zawieść. Zawsze mówiła, że był dużym i silnym chłopcem,
pokaże jej, że miała rację.
Dotarł do polany. Było
tu dużo słońca i kwiatów. Wreszcie było mu ciepło. Chciałby tu
zostać, ale wiedział, że musi wyjść z lasu, więc kontynuował
podróż. Zmęczenie sprawiało, że każdy metr pokonywał z trudem,
jednak gdy dostrzegł przerzedzające się drzewa, nabrał nowej
determinacji. Przyśpieszył kroku i wreszcie opuścił las.
Udało się! Uśmiechnął
się szeroko. Mama będzie z niego dumna! Rozejrzał się po okolicy
i jego uśmiech zniknął tak szybko jak się pojawił. Znalazł się
w nieznanej mu okolicy. Było tu mniej gór, a najbliższa wioska
znajdowało się tak daleko, że była ledwie widoczna. Odwrócił
się w kierunku lasu, a później znów popatrzył na wioskę.
Powtórzył tą czynność kilka razy, próbując zdecydować co
robić. W lesie było zimno i ciemno, cały czas się potykał i nie
znał drogi do domu. Do wsi prowadziła ścieżka, a słońce
sprawiała, że było mu cieplej. Znów zaczął się bać, mama nie
powiedziała mu co dalej robić. Zdecydował się pójść dróżką
do wioski, a ciepły piasek ogrzewał mu stopy. Śpiewał cicho
ulubioną piosenkę mamy i dzięki temu poczuł się lepiej.
Znów był bardzo
zmęczony, brzuszek zaciskał mu się z głodu, a rany na stopach
strasznie piekły, lecz mimo to nadal szedł. Słońce nie ogrzewało
go tak jak wcześniej, już prawie skryło się za górami. Wiedział,
że idzie już bardzo długo i chciałby odpocząć, ale nie miał
jedzenia. Musiał iść na przód. Już nie daleko. Domy były coraz
bliżej, jeśli się do nich dostanie, ktoś da mu jeść.
Był już prawie w
wiosce. Jeszcze tylko kilka minut i coś zje. Był wyczerpany, a
każdy jego krok stawał się coraz mniejszy. Jego nogi stały się
bardzo ciężkie. Poruszał się powoli, z trudem. Zaczęło mu się
kręcić w głowie, ale nie przeszkadzało mu to, gdyż ból zaczął
znikać. Im ciemniej miał przed oczami, tym lepiej się czuł.
Ogarnęła go ciemność, lecz nie bał się jej, ponieważ razem ze
światłem zniknął ból. Żałował tylko, że znów było mu
zimno.
~
O ~
Minęło kilka sekund nim
zrozumiałam kim i gdzie jestem. Chociaż umysł zrozumiał prawdę,
ciału nadal wydawało się, że jest wyczerpane i obolałe. Żołądek
ścisnął mi się z głodu, którego nie powinnam czuć, a stopy
boleśnie pulsowały, jakbym właśnie przeszła wiele kilometrów.
Usiadłam na łóżku,
przecierając dłońmi zaspane oczy. Srebrne światło księżyca w
pełni wpadło przez okno, oświetlając moją twarz. Niebo w moim
śnie wyglądało tak samo jak to. Zimna strużka potu słynęła po
moich plecach sprawiając, że zadrżałam. Zastanawiałam się, jak
to możliwe, że śnię o chłopcu, którego nigdy nie spotkałam.
Dzisiejszy sen nie był jedynym, widziałam wiele scen z jego
niełatwego życia, ale to właśnie od tej wszystko się zaczynało.
Wiedziałam, że był nieśmiertelny i wciąż żył. Sny czasami
dotyczyły teraźniejszości, ale takie zdarzały się niezmiernie
rzadko. Najczęściej to właśnie jego przeszłość spędzała mi
sen z powiek.
- Marie? Dlaczego nie śpisz? - spytała Carmen.
Odwróciłam się w stronę
mojej współlokatorki. Na pierwszy rzut oka byłyśmy swoimi
przeciwieństwami, ja byłam niebieskooką blondynką, podczas gdy
jej włosy i oczy były ciemne, jednak wystarczyło chwilę pobyć
razem z nami by zrozumieć, że chociaż różnimy się zarówno z
wyglądu jak i z charakteru, a tylko kilka cech mamy wspólnych, to i
tak doskonale się rozumiemy.
- Mogłabym zapytać ciebie o to samo. - odparłam wymijająco. Nigdy nie powiedziałam jej o moich snach. To była moja jedyna tajemnica. Miałam z tego powodu wyrzuty sumienia, mimo to nie mogłam się zmusić do opowiedzenia o tym komukolwiek.
- Jest pełnia. Wiesz, że nigdy nie mogę spać przez wpływ księżyca.
- Nie sądziłam, że to może być zaraźliwe. Chyba czas znaleźć sobie nowy pokój. - zażartowałam.
Zapatrzona w księżyc,
nie spostrzegłam jak podchodzi, zauważyłam to dopiero, gdy łóżko
ugięło się pod jej ciężarem. Przez kilka minut siedziałyśmy w
milczeniu, wpatrując się w bezchmurne niebo. Zadrżałam, kiedy
stado ptaków nagle zerwało się do lotu, a hukanie sowy przerwało
ciszę, zupełnie jak w moim śnie. Miałam niczym nieuzasadnione
przeczucie, że stanie się coś strasznego. Wiedziałam, że to nie
było możliwe. Znajdowałam się w jednym z najbezpieczniejszych
miejsc na ziemi, w Akademii założonej przez Krąg Cerbera. Szkolili
się tu nieśmiertelni chcący strzec świat nie tylko przed ludźmi
ale również przed Posłańcami Aresa1 oraz Wojownikami
Eris2.
- Halo? Ziemia do Marissy! - zawołała Carmen, potrząsając mną gwałtownie, czym wyrwała mnie z zamyślenia.
- Co?
Zamrugałam kilkakrotnie,
przyglądając się miejscu, z którego odleciały ptaki. Nie
dostrzegłam nic oprócz drzew, jednak wydawało mi się, że było
tam coś, co musiało przestraszyć zwierzęta.
- Co się z tobą dzieje? Chyba pierwszy raz nie wściekłaś się, że nazwałam cię pełnym imieniem.
Skrzywiłam się. Miała
rację, nie mogłam ścierpieć, gdy ktoś tak się do mnie zwracał.
Carmen będzie wiercić mi dziurę w brzuchu, aż się nie dowie
dlaczego się tak dziwnie zachowywałam. Jeszcze nigdy nie
rozmawiałam z kimś bezpośrednio po śnie o tym chłopcu. Do tej
pory, zawsze miałam kilka godzin na rozmyślanie i poradzenie sobie
z tym, co zobaczyłam. Tym razem było inaczej, ciągle byłam
wstrząśnięta, a Carmen znała mnie tak dobrze, że musiała to
zauważyć.
- Uwierzysz jeśli powiem, że to przez pełnię?
Pokręciła głową, a ja
westchnęłam. Przygryzłam dolną wargę, zastanawiając się, co
jej powiedzieć. Dlaczego powiedzenie jej prawdy było dla mnie tak
trudne?
- Marie. - zaczęła, biorąc mnie za ręce. - Mnie możesz powiedzieć.
Westchnęłam, jeszcze raz
spojrzałam na księżyc, po czym przeniosłam wzrok na nią. W jej
brązowych oczach tkwiła troska. Na początku naszej znajomości nie
mogłam w nie patrzeć, za bardzo przypomniały mi o zabójcach moich
rodziców. Dopiero po kilku tygodniach przestałam patrzeć z obawą
na wszystkich nieśmiertelnych o ciemnych oczach.
- Zbliża się rocznica śmierci moich rodziców. - skłamałam, nim zdążyłam pomyśleć.
Palące poczucie winy
zmusiło mnie do spuszczenia oczu. Jeszcze nigdy jej nie oszukałam,
właściwie to nikogo nigdy nie oszukałam. Słyszałam, że pierwsze
kłamstwo jest najtrudniejsze. Miałam nadzieję, ze to nieprawda.
Gdyby tak było, mogłabym zacząć łgać, aż zatraciłabym samą
siebie. Liczyłam na to, że już nigdy więcej tego nie zrobię.
Carmen więcej się nie
odezwała, po prostu ścisnęła mocniej moje dłonie. Resztę nocy
spędziłyśmy w ciszy, obserwując jak wschodzące słońce
rozjaśnia strefę treningową i znajdujący się za nią ogromny
las.
Kiedy o szóstej zadzwonił
budzik, Carmen z jękiem otworzyła oczy. Ziewnęła i gestem
wskazała mi łazienkę. Musiała być naprawdę zmęczona, gdyż
zwykle z prędkością światła ją zajmowała. Kiedy wyszłam
piętnaście minut później, obrzuciła mnie oceniającym
spojrzeniem i pokręciła głową z dezaprobatą. Odkąd się
zaprzyjaźniłyśmy bezskutecznie próbowała przekonać mnie do
noszenia bardziej dziewczęcych strojów. Czerwony top i czarne
spodnie, chociaż obcisłe, według Carmen nadawały się jedynie do
treningów. Kolejną rzeczą, z powodu której lubiła mnie pouczać,
była biżuteria. Nie miałam na sobie żadnych ozdób, poza
wieszanym na szyi zegarkiem ze zdjęciami moich rodziców w środku i
obowiązkową srebrną bransoletką z moimi danymi.
Również minimalistyczny
makijaż nie przypadał jej do gustu, kiedyś używałam jedynie
pudru, aby całkowicie ukryć moją ledwo widoczną bliznę na
policzku. Sprawienie, że zaczęłam malować również rzęsy było
największym osiągnięciem Carmen w dziedzinie mojego wyglądu.
Położyłam się na łóżku
i czekałam aż Carmen się wyszykuje, co zwykle trwało ponad pół
godziny. Otworzyłam zegarek i przyglądałam się zdjęciom, które
miałam wyryte w pamięci. Nie często wspominałam rodziców, aby
uniknąć bólu, jednak tego dnia moje myśli same wróciły do dnia
ich śmierci.
Miałam wtedy siedem
lat, pamiętam, że poprzedniej nocy była burza, dlatego spałam z
rodzicami. Obudziłam się sama w ich łóżku, dotarł do mnie
zapach smażonej jajecznicy, nie lubiłam tej potrawy, więc
zamknęłam oczy i udawałam, że śpię, z nadzieją, że nie
zostanę zmuszona do jedzenia. Usłyszałam, że mama wchodzi do
pokoju i mocniej zacisnęłam powieki, ale kiedy zaczęła mnie
budzić, byłam zmuszona otworzyć oczy.
- Pobawimy się w chowanego? - spytała, biorąc mnie za ręce. - Zrobimy tacie psikusa, co ty na to?
Ochoczo pokiwałam
głową i uśmiechnęłam się szeroko, zadowolona, że uniknę
śniadania. Mama wsadziła mnie do szafy i pocałowała w czoło.
- Pamiętaj, żeby stąd nie wychodzić i się nie odzywać. Na pewno w końcu cię znajdzie. - powiedziała i wcisnęła mi w rękę zegarek. - Kocham cię, kwiatuszku. - szepnęła i zamknęła drzwi.
Ktoś włączył radio
lub telewizor, głośna muzyka zabrzmiała, zagłuszając wszystkie
inne dźwięki. Zaczęłam bawić się zegarkiem, otwierałam go i
zamykałam, czekając aż tata mnie wreszcie zajdzie. Po kilku
minutach zaczęło mi się nudzić, myślałam nawet o tym, żeby
wyjść, ale powstrzymała mnie myśl, że wtedy przegram.
Nagle muzyka się
urwała, zastąpiły ją szorstkie głosy mężczyzn, mówiące w
dziwnym języku. Uznałam, że pewnie ktoś po prostu zmienił kanał.
Za każdym razem, kiedy zamykałam zegarek dochodziło z niego ciche
kliknięcie. Ten dźwięk spodobał się się tak bardzo, że tylko
nieznacznie otwierałam wieczko.
Usłyszałam jak ktoś
wchodzi do pokoju. Uśmiechnęłam się, na myśl, że tata wreszcie
mnie znajdzie, bo już zaczynałam się nudzić. Drzwi od szafy
otworzyły się, a moim oczom ukazał się nieznany mi mężczyzna.
Był obryzgany krwią. Miał na sobie jedynie spodnie koloru khaki i
wojskowe buty. Na jego torsie widniała ukośna blizna. Zaczynała
się u styku prawego ramienia i obojczyka, przecinała pierś i
mostek, a kończyła dopiero w połowie żeber. Nie zapamiętałam
jego twarzy, a może jej nie dojrzałam... w moich wspomnieniach jest
okryta cieniem, widzę jedynie brązowe oczy. Wypełniała je
nienawiść, lecz kiedy na mnie spojrzał stały się puste. Krzyknął
coś w tym dziwnym języku i zatrzasnął drzwi zostawiając mnie w
środku. Przycisnęłam twarz do szczeliny w drewnie i patrzyłam jak
wychodził. Na jego plecach wytatuowany był jastrząb z
rozpostartymi na skrzydłami. To co działo się później, było,
nadal jest, tak nierealne jakby przydarzyło się komuś innemu.
Chaos panujący w domu. Krew. A co najgorsze, pozbawione życia ciała
rodziców.
- Idziemy? - spytała Carmen, sprowadzając mnie do teraźniejszości.
Chcąc uniknąć pytań,
przywołałam na twarz uśmiech i skomplementowałam beżową
sukienkę Carmen. Dziewczyna rozpromieniła się i rozgadała na
temat mody. Kiedy doszłyśmy do stołówki, zapomniała o moim
wcześniejszym nastroju, całkowicie pochłonięta opowiadaniem mi o
najnowszych kolekcjach. Dołączyła do nas grupka osób, więcej nie
powracałam myślami do przeszłości, a kilka kolejnych godzin
szybko minęło podczas ogólnych lekcji teoretycznych. Kiedy
wreszcie nadszedł czas na trening i zajęcia fizyczne, nie mogłam
pohamować podekscytowania. To była moja ulubiona część
szkolenia, chętnie nie zajmowałabym się przedmiotami takimi jak
biologia czy fizyka, jednak były obowiązkowe.
Po trzydziestominutowej
rozgrzewce nastał czas na dziesięciokilometrowy bieg po lesie.
Później miała nadejść moja ulubiona część – walka.
- Dzisiaj zmierzymy czas waszych biegów. Będziecie startować alfabetycznie, co dwie minuty. - oznajmiła Jordana Coleman, nasza dzisiejsza instruktorka. - Bell, jesteś pierwszy.
Dominic ustawił się na
linii startu i pognał w las, kiedy Coleman dała mu sygnał. Przez
kilkanaście minut czekałam na swoją kolej.
- Rozenwyn! Przygotuj się.
Słysząc swoje nazwisko,
poderwałam się z ziemi i wykonałam kilka ostatnich ćwiczeń
rozciągających, po czym zajęłam odpowiednie miejsce.
- Powodzenia. - krzyknęła Carmen, która miała biec przedostatnia.
Utkwiłam wzrok w
nauczycielce, a kiedy ta machnęła ręką, dając mi znak,
wystartowałam bez chwili zwłoki. Trasa była trudna już od samego
początku. Przebiegała przez liczne wzniesienia i nierówności, a z
ziemi wystawały gołe korzenie drzew. Zręcznie omijałam wszystkie
przeszkody, utrzymując szybkie, równe tempo. Zależało mi na tym,
żeby mieć jak najlepszy czas, ponieważ najszybsza ósemka weźmie
udział w dodatkowych warsztatach sztuk walk.
Biegłam właśnie górą
stromego wąwozu, gdy usłyszałam czyiś jęk. Obrzuciłam wzrokiem
zbocze, jednak nie ujrzawszy żadnych śladów wskazujących na to,
że ktoś spadł, uznałam, że musiałam się przesłyszeć.
Przyśpieszyłam, chcąc nadrobić stracone sekundy, lecz kolejny,
głośniejszy jęk, sprawił, że się zatrzymałam.
- Będę tego żałować. - mruknęłam, zaczynając schodzić na dół.
Wiedziałam, że właśnie
tracę szansę na dostanie się na zajęcia, jednak jak zwykle moje
sumienie krzyczało głośniej niż samolubność. Zostawienie kogoś,
przypuszczalnie rannego, nie byłoby w moim stylu.
- Halo? Gdzie jesteś? - krzyknęłam, kiedy oddaliłam się od trasy o kilka metrów.
Podążyłam za następnym
jęknięciem. W dalszym ciągu nie udało mi się nikogo znaleźć, a
znalazłam się tak głęboko w lesie, że drzewa całkowicie
zasłaniały mi szlak. Ogarnęło mnie złe przeczucie, podobne do
tego, które poczułam w nocy.
Odwróciłam się i
zaczęłam wracać. Nie przeszłam nawet dwóch metrów, zatrzymując
się gwałtownie, kiedy przede mną pojawił się cień. Moje serce
przyśpieszyło, kiedy mężczyzna zrobił pół kroku do przodu i
pokazał mi się w całej okazałości. Musiał mieć nieco ponad
metr dziewięćdziesiąt wzrostu, gdyż przewyższał mnie o ponad
dwadzieścia centymetrów. Był cały odziany w czerń, obcisła
koszulka opinała jego umięśniony brzuch i szerokie ramiona,
podkreślając jego niewiarygodną siłę. Jego twarz pozostawała w
mroku, jednak wiedziałam, że jego oczy są brązowe, a on sam
patrzy na mnie z nienawiścią.
Co robić? - ta jedna myśl
brzmiała w mojej głowie. Moje dotychczasowe szkolenie nie
przygotowało mnie na taką sytuację. Próba walki z tym mężczyzną
skończyła by się moją natychmiastową porażką. Chociaż byłam
najlepsza w grupie i kładłam na łopatki nawet starszych i bardziej
doświadczonych kolegów, z instruktorami nie miałam najmniejszych
szans, a coś czułam, że i oni mieliby niezły problem z olbrzymem
przede mną.
Usiłowanie ucieczki
prawdopodobnie też byłoby bezcelowe. Wyglądał na wystarczająco
starego, żeby rozwinąć talent Kafenów do przemieszczania się z
niesamowitą szybkością. Ale i tak spróbowałam, odwróciłam się
na pięcie i pognałam przed siebie wykorzystując wszystkie siły
jakie posiadałam. Adrenalina działała na moją korzyść, biegłam
tak szybko jak jeszcze nigdy. Udało mi się przebyć kilkadziesiąt
metrów, kiedy zostałam chwycona za ramię i pchnięta na drzewo.
Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że ucieczką tylko pogorszyłam
swoją sytuację. Oddaliłam się od trasy i straciłam orientację,
a mężczyzna i tak mnie złapał.
Szarpnęłam się, jednak
trzymał moją rękę w stalowym uścisku. Ponownie spróbowałam się
wyrwać, zdołałam jedynie pogorszyć swoją sytuację, gdyż
unieruchomił moje drugie ramię i uderzył mną o drzewo z taką
siłą, że zrobiło mi się ciemno przed oczami.
Pozbawiona możliwości
ruchu, użyłam ostatniej broni jaką miałam – splunęłam mu w
twarz. Świat stał się na chwilę rozmazaną plamą, kiedy moja
głowa gwałtownie obróciła się na bok. Palący ból przyszedł
dopiero po chwili, informując mnie o tym, iż zostałam
spoliczkowana. Oczy zaszły mi łzami, jednak nie pozwoliłam im
spłynąć. Uniosłam podbródek i dumie popatrzyłam na mojego
oprawcę. Znów nie widziałam jego twarzy, tym razem to łzy
uniemożliwiały mi zobaczenie jej w całej krasie.
- Zadziorna dziewczyna. Zobaczymy, czy dalej taka będziesz, jak już z tobą skończę.
Zanim zdążyłam
zastanowić się, co też mogą oznaczać jego słowa, ponownie mnie
uderzył. Zobaczyłam gwiazdy, a na policzkach poczułam wilgoć.
Cholerne łzy, jednak popłynęły. Przeklęłam się w myślach, za
to, że zamiast troszczyć się o siebie, zeszłam na dół szukając
rannego, po czy straciłam przytomność.
1. Ares – grecki bóg wojny, kocha
wojnę “brudną“, niesprawiedliwą.
2. Eris –
uskrzydlona bogini niezgody, chaosu i nieporządku